Roman Dmowski


Szukaj na stronie »
  Strona Główna »  Tomasz Wituch – Roman Dmowski po sześćdziesięciu latach.
Tekst wygłoszony na sympozjum z okazji 60. rocznicy śmierci Romana Dmowskiego, zorganizowanego w Warszawie, w styczniu 1999 r.

Juliusz Słowacki w 1847 roku napisał:
„Szli krzycząc: Polska! Polska! - wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;
Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,
Szli dalej krzycząc: Boże! Ojczyzna! Ojczyzna!
A Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał - Jaka?”

Dziś do rachunku wzywa nas Roman Dmowski. W sześćdziesiąt lat od jego śmierci pytanie kierowane do nas jest niezmiennie dobitne i wyraziste – „JAKA POLSKA?”. Czy aby zawsze pamiętamy imię „TEGO KRAJU”? Jest to pytanie o wierność narodowej tożsamości, ale i o „jakość" polskości, o jej poziom - uczuciowy, moralny i polityczny. Cytat ze Słowackiego przychodzi na myśl także dlatego, że Dmowski był trzeźwym realistą i niezwykle rzetelnym myślicielem politycznym. Nie zadowalały go patriotyczne frazesy, a irytowało leniwe i natrętne, liczenie na łaskawość Opatrzności (Jakoś to będzie!).

Czasami, współczesnym Polakom dość trudno uzmysłowić sobie dziś wielkość myśli Romana Dmowskiego. Powody takiego stanu rzeczy są przede wszystkim przyczynami natury politycznej. Co najmniej od roku 1912 Dmowski był świadomie przemilczany i zniesławiany. Ten bojkot - jak wiemy - trwa do dziś. Jego małym fragmentem jest rozdział piłsudczykowski i pokrewne, a tylko późną konkluzją wrogość z lat PRL-u.

Dziś dochodzi jeszcze jedna przyczyna. Polska, w której żyją na co dzień współcześni Polacy, jest bowiem Polską Dmowskiego, a zatem wiele jej cech stało się codzienną oczywistością. Roman Dmowski przeczuł i przepowiedział tę Polskę i uformował ją swoimi ideami. W każdym razie Jego jest „za grobem zwycięstwo”. Polska dzisiejsza jest wszak i demokratyczna i ludowa - bo wyrosła z chłopskiego pnia; jest jednolita narodowo; ma piastowskie granice. Wreszcie trwanie Polski XX wieku związane jest bezpośrednio z dwoma, niesłychanymi w swym zasięgu, klęskami niemczyzny - z roku 1918 i 1945. Łatwo zapominamy dziś, ile trzeba było mieć przenikliwości i geniuszu politycznego, aby już za czasów Wilhelma II dostrzec w Niemcach zagrożenie dla Polski w skali ludobójczego zamachu z czasów Hitlera. Oczywistości często umykają refleksji. Nie dziwi, że dziś przeżywamy polskość inaczej niż w czasach, gdy co trzeci spotkany na ulicy współobywatel był obcym - obojętnym wobec Polski lub wręcz jej wrogim.

Współczesny kształt Polski i polskości jest w znacznym stopniu schedą polityczną Romana Dmowskiego. Nasza ojczyzna i naród zmieniły się ogromnie w XX wieku. Narody zmieniają się, i to często bardzo radykalnie. Wystarczy wspomnieć, że całe wieki najlepszymi najemnymi żołnierzami w Europie byli Szwajcarzy i Czesi - dziś narody dalekie od wojowniczości. Polskość przed rokiem 1914, a nawet przed 1939 nie kojarzyła się na ogół ze zmysłem handlowym i przedsiębiorczością. Zapewne przyszłe pokolenia wiązać będą te zmiany z rokiem 1944, choć takie dziejowe słupy milowe mają jedynie wartość symboliczną. Pominąć tu muszę kwestię, czy i na ile zmiany charakteru narodów odmieniają ich tożsamość.

Przemiany, o których tu mowa, zostały zainicjowane przed stu laty. Pokolenie wówczas przejmujące, jako dojrzałe, odpowiedzialność za Polskę, było generacją, dla której klęska styczniowa czy rzeź galicyjska były już tylko tragedią rodziców i dziadów, a nie własnym doświadczeniem egzystencjalnym. Pytanie o Polskę i polskość po stu latach od upadku dawnej Rzeczpospolitej było pytaniem niesłychanie trudnym i dramatycznym. Nie tylko trzej zaborcy twardo obstawali przy ignorowaniu jej egzystencji. Nawet najsłabszy z nich - Austria, godził się na uznawanie polskości tylko w formie „krajowej” specyfiki lokalnej. Wśród Polaków ugodowcy otwarcie, a znaczna część społeczeństwa w praktyce, potwierdzali istniejący realnie stan faktyczny. Także przeciwległy biegun polityczny, tj. lewica socjalistyczna i ludowa, nie uznawały Polski. Socjaliści w ogromnej większości identyfikowali się ze swoimi towarzyszami ideowymi z trzech organizmów zaborczych, działali w obcych ramach. W parlamentach państw zaborczych odmawiali włączania się do polskich kół poselskich, co miało dobitną wymowę. Także tradycja Szeli i „chłopa cesarskiego” nie zamarła w Galicji, a odnowiła się w upiornej postaci „wyzwoleniowej” w Królestwie Polskim. Dla lewicy znacznie bardziej charakterystyczne były sylwetki i idee Róży Luksemburg i Juliana Marchlewskiego niż Józefa Piłsudskiego. A przecież i jego identyfikacja z polskością była problematyczna. Z nowoczesną lewicą polityczną i polskością było zresztą podobnie jak z tradycjami mieszczańskimi w Polsce. Płytko to wszystko zakorzenione w polskości i z reguły obcego pochodzenia.

Polska nowoczesna, demokratyczna, musiała się też zmienić dlatego, że zdecydowana większość mieszkańców dawnych ziem Rzeczpospolitej - jak mówi poeta – „zapomniała na ustach wyrazu”, tj. odrzekła się Polski - mniej lub bardziej świadomie i zdecydowanie. Rusini, Żydzi i Niemcy, aby wskazać społeczności najliczniejsze, nie mieli nic wspólnego z Polską i polskością, i nic wspólnego mieć z nianie chcieli. Bolesny był też i okrutnie realny rozbrat z Litwinami. U progu nowej epoki, u progu naszego wieku zaistniała więc konieczność redefinicji Polski i polskości. Epokę tę charakteryzowało niezwykłe tempo zmian cywilizacyjnych, a nade wszystko dopełniający się właśnie proces demokratyzacji. Warto przypomnieć, że już przed rokiem 1914 większość państw europejskich wprowadziła powszechne prawo głosu dla dorosłych mężczyzn - bez względu na poziom majątkowy czy stopień wykształcenia. W efekcie tej przemiany nieaktualne stały się dawne więzy i identyfikacje. Polska istniejąca w marzeniach i wyobrażeniach wykształconych Polaków w granicach sprzed roku 1772 była już oczywistym anachronizmem. Stanisław Wyspiański mógł w Weselu wskazywać Polskę żyjącą w sercu młodej chłopki, ale polityka wymagała odpowiedzi innych niż poezja.

Polska niewątpliwie żyła, istniała wbrew wielkim ówczesnego świata, jak i wbrew doktrynerskim zwiastunom internacjonalnego „nowego świata”. Przetrwała tak, jak to ujmował pierwszy wers Mazurka Dąbrowskiego - przetrwała, bo przetrwał naród polski. Naród jednak przestał być narodem szlacheckim. Polska nie mogła już liczyć na odrodzenie państwowości w dawnym kształcie - wieloetnicznym. Dawna elita, szlachta polska, wyraźnie traciła na znaczeniu. Przed rokiem 1914 ziemian już nie można było utożsamiać ze szlachtą, a poza tym warstwa ta relatywnie ubożała. Fortuny, a i potoczny dobrobyt, nie wyrastały już z majątków ziemskich - a jeśli już, to w malejącym stopniu. Najwartościowsi przedstawiciele dawnej elity narodu zdawali sobie z tego w pełni sprawę i swoją rolę widzieli już tylko jako depozytariusze wielkiej polskiej tradycji politycznej. Przyszłość miała należeć do kiepsko (lub wcale) wykształconych mas plebejskich. Los polskości i jej zasięg zależał od zakresu i intensywności identyfikacji z nią ludu polskiego. Polski ubywało i na Żmudzi, i na Ukrainie, ale odradzała się na Śląsku i Pomorzu. Ile miało być Polski w nowoczesnych wielkich miastach - takich jak Łódź, ta Reymontowska „ziemia obiecana” - pokazać miała przyszłość. Dawne pojmowanie Polski i polskości, odwołujące się do tradycji państwowych, politycznych i kulturalnych traciło na znaczeniu. Masy plebejskie tych więzów nie czuły, a już z całą pewnością nie mogły uważać ich za decydujące. Rozstrzygającymi stawały się więzy etniczne, językowe i wyznaniowe. Dawna Rzeczpospolita ze swoimi granicami, rządzącym „narodem” szlacheckim, wielowyznaniowa i wielojęzyczna należała do zamkniętej historii.

U progu XX wieku starły się więc dwa pojęcia Polski i polskości. Jedno - nawiązujące do tradycji dawno już nie istniejącej państwowości i drugie - pojmujące Polskę i polskość w kategoriach nowoczesnych, tzn. etnicznych. Te dwie formuły polskości żyją do dziś. Teoretycznie powinny się one uzupełniać, ale w praktyce bywają raczej wykluczającymi się przeciwieństwami, co może niepokoić, ale co jest realną rzeczywistością także i dziś. Formuła państwowa, polityczna lub obywatelska polskości w początkach XX wieku złączyła w dziwacznym tandemie socjalistyczną lewicę ze znaczną częścią szlacheckiego konserwatyzmu. Dziś łączy współczesną, kosmopolityczną i „europejską” lewicę polską, z jej odpowiednikami sprawującymi nadal rząd dusz na Zachodzie. Jak wówczas ideałem miałaby być wielonarodowa Rzeczpospolita, tak dziś jego miejsce zająć by rad wzorzec obywatelski francuskiego (jakobińskiego) chowu.

Ewolucja polskiej idei narodowej w epoce najnowszej nie odbiega od normy europejskiej. Awans mas plebejskich wszędzie zmienił formułę narodu i państwa. Nowoczesna więź narodowa wszędzie odwoływała się w większym stopniu raczej do więzi etnicznych, językowych i wyznaniowych niż historycznych, państwowych i kulturowych. Wspólnota krwi, języka i wiary silniej przemawia do gorzej wykształconych i mniej zdeterminowanych historycznie warstw ludowych.

Znamienna wydaje się w tym kontekście zmiana w roku 1893 nazwy Ligi Polskiej na Ligę Narodową. Do polskości rozumianej w kategoriach politycznych mogli, gdy to było im wygodne, przyznawać się także obcy. Więź narodowa w rozumieniu etnicznym nie dawała się traktować jak doraźna spółka z nader ograniczoną odpowiedzialnością. A takim kontraktem jest każdy kontrakt polityczny - także obywatelski i państwowy. Przynależność państwową zmienia się bez porównania łatwiej niż narodowość. Narodowa Demokracja, głównie za sprawą Romana Dmowskiego, dobitnie uzmysłowiła to Polakom. Z resztą, polskość poddana presji obcych struktur państwowych nie mogła poprzestawać na identyfikacji politycznej, obywatelskiej - nawiązującej do tradycji państwa nie istniejącego już od stu lat. Kwestia formuły polskości była wówczas kwestią niezwykle praktyczną i pilną. Żydzi, Ukraińcy i Litwini, awansując negowali polskość i historyczne tradycje Rzeczpospolitej. Niemcy, niezależnie od tego, czy żyli w Poznaniu, czy w Łodzi, odrzucali jaz zasady.

Nie bez powodu w XX wieku tak wyraziście różnią się w historii Polski wątki narodowy i niepodległościowy. Pierwszy odwoływał się do trzeźwości i realizmu, drugi - do romantyzmu; pierwszy do narodu nowocześnie pojętego, a drugi - do państwa od dawna zniszczonego. Trzeba pozostawić refleksję nad sprzężeniem sprawczym kategorii narodu i państwa. Orientacja narodowa widzi podmiot dziejów w narodzie, jako biologicznej (etnicznej), kulturowej i historycznej wspólnocie. Formuła druga w centrum dziejów stawia państwo. W ujęciu pierwszym państwo jest emanacją i narzędziem politycznym wspólnoty narodowej. W drugim przypadku czynnikiem sprawczym i podmiotem staje się struktura państwa. Naród w tym przypadku uchodzi za mit - w najlepszym razie swojski i nieszkodliwy. Naród w tym ujęciu jest kategorią wtórną - produktem wspólnoty politycznej, jaką jest państwo.

Nowoczesna formuła polskości, dwudziestowieczna polska idea narodowa, zdefiniowana przez Romana Dmowskiego i innych przywódców Narodowej Demokracji, odwoływała się do wspólnoty narodowej jako wspólnoty etnicznej, językowej i wyznaniowej. Świadomość mas plebejskich miała tej wspólnocie wytyczać granice. W tym sensie była to z pewnością wizja nowoczesna i szczerze demokratyczna. Warto w tym miejscu przypomnieć, że aż do czasów Hitlera Europa i świat rozpoznawały ludzką rzeczywistość w kategoriach rasowych, a czasami wręcz rasistowskich (cała imperialna tradycja brytyjska). Nie widziano w takim myśleniu i reagowaniu nic złego. Tym silniej trzeba podkreślić, że w przypadku polskiego ruchu narodowego motyw rasowy odgrywał niewielką rolę i ujawniał się w zasadzie tylko w kontaktach z Żydami. Polska tradycja narodowa bliska jest w tej sferze pojęciom kręgu łacińskiego, a wyraźnie przeciwstawna mentalności germańskiej i żydowskiej. Podobnie doniosłą rolę w tym nurcie odgrywa wspólnota językowa. Nie bez powodu wielu historyków mówi o wieku XX, jako o wieku nacjonalizmów „glotologicznych”. Wspólnota językowa i wyznaniowa nabierała w wieku demokracji nowej wagi.

Zauważyć trzeba, że identyfikacji narodowej typu wyznaniowego był zazwyczaj niechętny sam Kościół rzymskokatolicki, a jest wobec niej nieufny także dziś. W rzeczywistości polskiej była to jednak narzucająca się konieczność. Polacy mieli bowiem do czynienia z dominacją prawosławnych Rosjan i luterańskich Prusaków, a „w domu”, na każdym kroku z obcością Żydów. Polak wyznania innego niż katolickie bywał do przyjęcia, ale musiał się legitymować w odrębnym trybie i na zasadzie wyjątku. To ostatnie kryterium pozostawało nieco w cieniu, chyba aż do roku 1926, z uwagi na specyfikę tamtego pokolenia. I Roman Dmowski, i jego pokolenie odnosiło się do wiary z dystansem. Było to pokolenie pozytywizmu i scjentyzmu, pokolenie agnostyków. W odrodzonej Polsce, zwłaszcza po gwałcie politycznym, jakim był zamach majowy, kryterium to zyskiwało z każdym rokiem na znaczeniu.

Nowoczesna świadomość narodowa Polaków ukształtowała się w konfrontacji i walce z luterańskimi Niemcami, prawosławnymi Rosjanami, unickimi Ukraińcami i Żydami. Narodową pobudką był Kulturkampf, hakata i Września. Nie bez powodu Maria Konopnicka wyeksponowała w Rocie motyw etniczny, pisząc o Polakach jako „królewskim szczepie Piastowym”. Dziejową zasługą Romana Dmowskiego i całego ruchu narodowego było konsekwentne wskazywanie na niemczyznę, jako na największe zagrożenie dla polskości. Tu miejsce Dmowskiego jest dosłownie epokowe. Wbrew utartym od stulecia schematom, wiążącym najpoważniejsze zagrożenia dla Polaków i Polski z Rosją i ruszczyzną, Dmowski uświadomił narodowi zakres gróźb wiszących od strony niemieckiej. To on w pełni uzmysłowił narodowi, że bez Poznania i Wielkopolski żadna Polska nie była w ogóle do pojęcia. On wskazał, że przyszłość i dobrobyt narodu zależą od Bałtyku i Śląska. Dmowski jasno też widział, że z dwóch wrogów Polski, to Niemcy byli groźniejsi, bo łączyli siłę z przewagą cywilizacyjną.

Formuły Polski i polskości - narodowo-etniczna i polityczno-państwowa - kojarzyły się z nazwiskiem Dmowskiego, a z druga - Piłsudskiego. I choć wojna światowa, rozpoczęta jako wojna imperiów, skończyła się w roku 1918 jako wojna narodów, to w Polsce zabiegano - za sprawą Piłsuskiego, socjalistycznej lewicy i niepolskich mniejszości - o realizację archaicznych wzorców, do odtwarzania dawno pogrzebanych bytów państwowych, takich jak Wielkie Księstwo Litewskie. Nic nie zmienił w tych postawach fakt, że wrogie tym chimerom okazały się i Litwa, i Ukraina. Rachunki przyszło płacić Polakom.

Druga Rzeczpospolita, ukonstytuowana przestrzennie i politycznie w latach 1918-1922, była owocem historycznego kompromisu między formułą państwa narodowego i państwa obywatelskiego. W zachodniej części, głównie za sprawą Dmowskiego, kształt odrodzonego państwa był narodowy i nawet na Śląsku zdołał przełamać barierę granic z roku 1772. Granica ryska była jednak widomym owocem niezdecydowania i kompromisu między wizją Polski narodowej a historycznej. Granica ta nie była ani granicą etniczną, ani historyczną. Także w strukturze wewnętrznej II Rzeczpospolita była hybrydą. Jedną trzecią jej obywateli stanowili obcy - Ukraińcy, Żydzi, Niemcy. Narody te odnosiły się do odrodzonej Rzeczpospolitej jako do państwa obcego. Było to obciążenie śmiertelnie groźne.

Walka o formułę odrodzonego państwa polskiego trwała przez całe dwudziestolecie międzywojenne i była sporem zasadniczym. Narodowa Demokracja była jednym przeciwstawnym biegunem, a lewica socjalistyczna - drugim. Większość ruchu ludowego przyjmowała formułę narodową, za to mniejszości narodowe zawsze opowiadały się za formułą obywatelską, choć od lojalności obywatelskiej wobec Polski były jak najdalsze. Jak wiemy po roku 1926 państwo zostało wręcz przeciwstawione narodowi. Sanacja zmarnowała wiele sił na walkę z własnym narodem w imię „państwowotwórczych” iluzji. Stąd właśnie sanacja tak często przypominała władzę obcego okupanta. Bez wątpienia jednak rząd dusz wśród Polaków znalazł się po przeciwnej stronie - spoczął w rękach Romana Dmowskiego. Narodowe były polskie elity intelektualne (uniwersytety), narodowym stawał się z każdym rokiem coraz bardziej Kościół rzymskokatolicki (z całym ówczesnym episkopatem) i narodowa była niemal cała młodzież.

Tendencja ta była zgodna z ewolucją całej Europy. Niezależnie od ocen tego zjawiska, było ono oczywistą dominantą w Europie. Narodowymi z założenia miały być państwa stworzone w latach 1918-1922. Polacy, Czesi, Litwini, Łotysze, Estończycy, Finowie, Węgrzy, Rumuni, Serbowie i Turcy stworzyli własne państwowości. Warto przypomnieć, że już wcześniej uczynili do Norwegowie (1905) i Albańczycy. Niepodległość wywalczyli wreszcie także Irlandczycy. Jako efemerydy jawiły się - Austria, Wolne Miasto Gdańsk, Kłajpeda. Rzadko się przypomina, że dwudziestolecie inaugurowała, nie przypadkiem, Liga Narodów. Przypomnieć też warto, że w latach 1922-1923 ok. l,5 min Greków zostało przesiedlonych z Azji Mniejszej, a ok. 0,5 min Turków wysiedlono z Grecji do Turcji. Swoistym potwierdzeniem tej powszechnej tendencji może być także wyodrębnianie - właśnie według kryteriów narodowościowych - republik związkowych utworzonego w grudniu 1922 roku Związku Sowieckiego. Wydarzenia te można rozmaicie oceniać, ale i skala ma swoją wymowę.

Bilans „państwowotwórczych” działań sanacji wypadł negatywnie. Polityka ta była zupełnie chybiona. Niemców, Ukraińców, ani Żydów nie przekonała, bo przekonać nie mogła. Terroryzm ukraiński był tego najwyraźniejszym dowodem.

W godzinie próby, tj. po wrześniu 1939 roku, wszystkie niepolskie narodowo grupy byłych obywateli Drugiej Rzeczpospolitej odwróciły się od państwa. Niemcy, Ukraińcy i Żydzi dokonali wręcz jawnej zdrady, opowiadając się w swej masie po stronie dwóch agresorów okupujących Polskę. Wśród Niemców i Żydów były liczne wyjątki, ale te - jak zawsze - potwierdzały jedynie regułę. Trzeba podkreślić, że takie postawy owocowały współudziałem byłych obywateli polskich w ludobójczych zamachach na egzystencję narodu polskiego. Rola Niemców polskich po stronie III Rzeszy i Żydów po stronie Związku Sowieckiego jest powszechnie znana. Ukraińcy zapisali haniebną kartę, dokonując na własną rękę ludobójstwa na Polakach w województwach południowo-wschodnich. W dramatycznej walce o przetrwanie Polacy zostali sami i nigdy o tym zapomnieć nie mogą. W bardzo wielu okolicznościach ich los okazywał się dojmująco odmienny od losu byłych współobywateli nie-Polaków. Nawet Związek Sowiecki, mimo całego klasowego sztafażu, godził jawnie w byt polskiego narodu. Polityka Niemiec była programowo segregacjonistyczna, co musiało pozostawić w świadomości Polaków głębokie ślady. Traumatyczne doświadczenia lat 1939-1945 miały przełomowe znaczenie - bardzo głęboko naznaczyły nasz naród. Więzi państwowe i obywatelskie spłonęły do szczętu w tym apokaliptycznym ogniu.

Lata 1939-1945 przyniosły jeszcze jedną kapitalną zmianę, o której dziś często się zapomina. Najeźdźcy nie tylko podjęli próbę (na niesłychaną skalę) fizycznego unicestwienia naszego narodu. Była to także gigantyczna grabież majątku polskiego - prywatnego i narodowego. Zagładzie, często także fizycznej, uległy polskie warstwy posiadające. Naród jako całość uległ gwałtownej pauperyzacji. Skutki tej gigantycznej grabieży czują także współcześni Polacy. Naród w tamtych latach uległ gwałtownemu i powszechnemu zubożeniu, i w znacznym stopniu - proletaryzacji. To była prawdziwa rewolucja społeczna. I to wówczas powstała prawdziwa Polska ludowa. Komuniści po roku 1944 tylko dopełnili dzieła. Zmiany te miały fundamentalne znaczenie dla dalszej ewolucji polskiej świadomości narodowej. W tak barbarzyńskich i tragicznych trybach dopełniła się demokratyzacja polskiego narodu. A to - w świetle tego co powiedziałem wcześniej - miało oczywiste skutki dla narodowej świadomości. Ogień wojny przetopił nasz naród, ale też i niesłychanie go skonsolidował. Narodowa identyfikacja mogła się odtąd dokonywać niemal wyłącznie wedle więzi etnicznej, językowej i religijnej. Identyfikacje typu politycznego, państwowego i historycznego straciły moc i są dziś ledwie czynnikami wspierającymi narodową świadomość.

Chciałbym tu zauważyć, że znaczenie lat ostatniej wojny dla ewolucji świadomości narodowej Polaków czeka na opracowanie i analizę - historyczną, filozoficzną i polityczną. Nie czas tu i miejsce na referowanie zwrotu narodu ku żywej wierze katolickiej. Moim zdaniem, doświadczenia tamtych lat zdecydowanie umocniły identyfikację polskości z katolicyzmem, i to katolicyzmem najbardziej autentycznym. Jestem przekonany, że właśnie te lata były zasadniczym przełomem w świadomości narodu. Uważam, że symboliczną granicą narodowych doświadczeń stanie się - w ocenie nadchodzących pokoleń - tragedia roku 1944. W powstaniu warszawskim ścięte zostało całe pokolenie Polaków. Znalazła tam kres dawna Polska, Polska ciągle uwikłana w historię i przez nią w znacznym stopniu determinowana. Klęska roku 1944 miała inne i donioślejsze znaczenie niż klęska wrześniowa.

Okres wojny poddaje się z trudem chłodnej refleksji. O taką analizę trudniej jeszcze w odniesieniu do okresu po roku 1944. Oddziaływanie komunizmu, doznania wynikające z długotrwałej egzystencji państwa, które było obce narodowi i uzależnione od jednego z jego historycznych wrogów, są zazwyczaj wymieniane jako naczelne znamiona tej epoki. Nie jestem zwolennikiem takiego poglądu. Uważam, że cała skorupa komunistyczna oddziałała na świadomość narodową w stopniu mniejszym niż zazwyczaj się sądzi. Komunizm i PRL - jako byty obce, wrogie, zewnętrzne - oddziaływały tylko pośrednio na świadomość narodu, na jego ducha. Bez porównania donioślejszą rolę wywarł - moim zdaniem – „ludowy” charakter państwowości tej epoki. Wbrew potocznym sądom Polska ludowa stworzona została przed rokiem 1944, a nie po nim. Wspominałem o tym przed chwilą. Równie doniosłe skutki przyniosło brutalne „przesunięcie” Polski na zachód o 200-300 km, z woli Rosji, ale z ochoczą aprobatą Zachodu. Około 3 mln Polaków zostało „repatriowanych” (w dwóch fazach 1944-1947 i 1956-1957) i osiedlonych na ziemiach poniemieckich. Podobna masa Niemców została z tych ziem wysiedlona za Odrę i Nysę. Cały naród polski musiał oswoić się z nową przestrzenią ojczystą. Narodowa identyfikacja etniczno-plemienna została w tym przypadku na narodzie brutalnie wymuszona. Tylko Niemcy i Grecy w Europie XX wieku stanęli wobec tak dramatycznej próby. Po roku 1945 nie ulegało wątpliwości, że Polska jest tam, gdzie jest naród polski. Choć każdemu Polakowi przychodziło to z największym bólem - trzeba było widzieć ojczyznę już nie we Lwowie i Wilnie, a we Wrocławiu i Szczecinie.

Półwiecze PRL-u, wbrew oficjalnie głoszonej internacjonalistycznej doktrynie, przyniosło ostateczną identyfikację polskości z ethosem w jego ludowej, rudymentarnej formie. W tym samym kierunku oddziaływało przekształcenie Polski, rękami wrogów, w kraj jednolity narodowo. W takiej sytuacji Polacy znaleźli się po raz pierwszy od co najmniej pięciuset lat. Zasadnicze znaczenie miały też zrozumiałe aż nadto fobie antyniemieckie, które w czasach PRL-u były zręcznie wygrywane przez komunistów, ale były przecież autentyczne, naturalne i szczere. Nowa granica na Odrze i Nysie oddziaływała równie silnie na naszą narodową świadomość, jak i szczelnie zatrzaśnięta granica na Bugu.

Na zakończenie należy dodać, że Polska nie była w Europie żadną izolowaną wyspą. Analogiczne procesy dokonały się w Niemczech, Czechach oraz na Litwie i Ukrainie, a więc w krajach dla naszej narodowej świadomości najważniejszych. Na Ukrainie i Białorusi Polacy stali się znikomymi mniejszościami. Na Litwie są liczbowo silniejsi, ale ich przyszłość wydaje się całkiem niepewna. W powszechnym odczuciu przyszłość narodu związana jest z ziemiami nad Odrą i Nysą, a nie za Bugiem i Niemnem. W samej Polsce, mimo wysiłków wpływowych grup politycznych, kwestia mniejszości narodowych jest dziś całkowitym i dalekim marginesem. Stosunek do tych zagadnień może być jedynie użytecznym probierzem w praktyce politycznej. Los Polski i Polaków nie zależy dziś od Niemców, Ukraińców ani Żydów.

Po roku 1989 III Rzeczpospolita oficjalnie (konstytucja) powróciła do obywatelskiej formuły polskości. Są to manipulacje lewicy i grup obcych narodowo. Są niebezpieczne, bo nienaturalne i przeciwne kierunkowi zmian dokonanych w XX wieku w całej Europie. Przyszłość pokaże, na ile ta antypolska reakcja będzie groźna. Kierunek ten bez wątpienia przeczy jednak narodowym doświadczeniom kończącego się stulecia, jak i ewolucji większej części Europy, która dąży do urzeczywistnienia aspiracji narodowych, realizacji interesów konkretnych narodów, a nie do abstrakcyjnych i doktrynerskich urojeń oraz interesów anonimowych grup nacisku.

Czy więc, mówiąc wersami Słowackiego, „zapominamy wyrazu” - zapominany imienia Polski? Taka groźba się rysuje, choćby zawsze tam, gdzie imię Polski zamieniane jest na określenie „ten kraj”. Roman Dmowski powiedziałby dziś zapewne, że wszystko jest w naszym ręku - trzeba tylko jasności w myśleniu i wytrwałości w działaniu. Odmłodzony, plebejski. naród ma szansę wykazać i jedną i drugą zaletę.

Tomasz Wituch – profesor Uniwersytetu Warszawskiego, autor licznych prac naukowych, w tym m.in. „Garibaldi”.

Powrót do spisu dokumentów

© 2006; Wszelkie prawa zastrzeżone. | Kreacja: juda.webdesign